DzikiStyl Company „Radio Żelaza”

Radio Żelaza (fot. Paweł Wyszomirski, Testigo.pl)

Od razu zaznaczę, że poniższy tekst będzie kompletnie nieobiektywną laudacją, bo Wioleta Fiuk, Patryk Gacki, Michał Łabuś i Natalia Madejczyk stworzyli spektakl, który broni sensu istnienia teatru tańca w ogóle. Kiedy następnym razem usłyszę: „Przecież to jest jakieś gówno, tarzają się po ziemi i nikt nie wie, o co chodzi”, odpowiem: „Nie pierdol, zobacz najpierw »Radio Żelaza«”.

Ciasnogłowi rodzice często mają problem z tym, że ich dzieci zaczytują się w komiksach, a nie w „Akademii Pana Kleksa”, czyli książce, na której owi rodzice najczęściej zakończyli przygodę z tekstami dłuższymi niż gazetka z Biedronki. Opowieści graficzne potrafią być jednak nie mniej inspirujące niż potężne i powszechnie poważane knigi, czego dowodem jest chociażby walka mutantów Marvela w imię prawa do inności. Jeden z numerów „X-Factor” (nie, to nie jest komiksowa adaptacja chujowego programu telewizyjnego) szczególnie mnie zaintrygował, kiedy w kilku kadrach niepokorna mutantka Layla Miller wprowadziła w zakłopotanie towarzyszy, wyznając, że czyta „Atlasa Zbuntowanego”. Długo próbowałem dotrzeć do tego tytułu, a później jeszcze dłużej przez niego przebrnąć. Krystalicznie dobre i piękne postacie zmagające się ze szpetnymi ucieleśnieniami wszelkiego zła na świecie sprawiały wrażenie mniej realnych niż Wolverine z ekipą, ale zawartość filozoficzna „Atlasa” została ze mną na długo. Niestety jakiś czas później przywłaszczyli ją sobie „młodzi zbuntowani”, którzy okrzyknęli Korwina „polską Ayn Rand„. To jedna z naczelnych cech typowego „cebulaka” – na koncercie słucha „polskich The Beatles”, w domu ogląda „polskiego Tarantino”, a jego ulubiony autor to „polski Stephen King”. Indywidualiści z kompleksami. To nawet zabawne, że post-harcerze stawiający laurkę lasce, która była fundamentalistką indywidualizmu starają się umniejszyć jej ideały, fantazjując o jej surogatach. Na szczęście poglądy Rand doczekały się godnej reprezentacji i to nie werbalnej, lecz czysto ruchowej.

Premierowe granie „Radia Żelaza” przypadło na VII. Gdański Festiwal Tańca, dzięki czemu można było skontrastować kondycję DzikiegoStylu z Polskim Teatrem Tańca czy Lubelskim Teatrem Tańca. Nie chodzi o to, żeby wytykać, kto zagrał chujowo, a komu należą się pokłony, ale nie będę wypierał się naturalnego ludzkiego popędu do tworzenia porównań. W „Volcie” PTT tancerze odstawili porno teledysk, w którym zabrakło jedynie muzyki 50 Centa. Nie wiem, czy to z obawy, że widz jest zbyt głupi, żeby w jakikolwiek inny sposób wyłapać wątek erotyczny, czy to dlatego, że gołą dupą można zrobić frekwencję, ale wyszło średnio. DzikiStyl w pewnym sensie był nawet bardziej wulgarny, bo częścią jego choreografii jest wykonywanie ruchów posuwisto-zwrotnych jednoznacznie kojarzących się z masturbacją. Co innego jednak wypinać dupę, a co innego wykorzystać w dłuższej sekwencji komunikatywny gest, który sam w sobie jest subtelny. W pierwszym wypadku widz ma do czynienia raczej z umowną fabułą filmów Sashy Grey, w drugim z trzymającym w napięciu „Nagim Instynktem”.

Przy zestawieniu „Radia Żelaza” ze „Stalking Paradise” różnice są równie wyraźne, ale dotyczą głównie sfery kontekstualnej. Dla lepszego zobrazowania znowu posłużę się przykładem filmowym. W jednej ze scen komedii „Old School” postać grana przez Willa Ferrella rozlegle tłumaczy się, dlaczego nie pije alkoholu, a oburzone miny jego rozmówców mają wywołać śmiech widza. Nie wywołują. Z kolei w „The World’s End” Edgara Wrighta dokładnie ten sam komunikat zostaje nadany kilkoma szybkimi ujęciami i makro zdjęciami ukazującymi napełnienie czterech pokali piwa oraz szklanki wody. Sami sobie odpowiedzcie, czy wolicie gadające głowy czy akcję. „Radio Żelaza” to akcja, a „Stalking Paradise” było do tego stopnia nudne i przegadane, że facet obok mnie zasnął. Dosłownie. Momentami nawet chrapał. Trudno mu się dziwić, skoro autorzy spektaklu musieli wykorzystać trzy projektory do wyświetlenia transkrypcji swojej pretensjonalnej myśli, a do tego sabotowali tempo występu pauzami przeznaczonymi na natchnione pierdolenie o banałach. Retoryczne pytania o wiarę, przytaczanie efektu Knobe’a bez wysilenia się na inny przykład niż książkowy, próba odkrycia mistycznej sfery człowieka na miarę Paulo Coelho – może podobne baliwernie przeszłyby na zlocie „studentów” Bałtyckiego Instytutu Psychologii Alternatywnej, ja czułem się zażenowany.

DzikiStyl reprezentuje zupełnie inną jakość, a jego umiejętności przekazywania czytelnych treści za pomocą samego ruchu stoją na tak wysokim poziomie, że na skalę krajową właściwie nie mają sobie równych. Nie brakuje w Polsce teatrów ekspresyjnych, ale nie jest sztuką odgrywanie Charliego Chaplina na scenie, tylko zaufanie widzowi, że nie jest debilem i potrafi zrozumieć, „co autor chciał przekazać”. Wielu twórców wykłada się na tym – sądzą, że upubliczniają niebywale skomplikowane treści, które trzeba odbiorcy objaśniać jak dziecku i wtedy faktycznie mają poklask wyłącznie wśród infantylnej publiczności. Twórcy „Radia Żelaza” szanują inteligencję ludzi, dla których tańczą. Michał Łabuś nie musi zakładać na ramię opaski z groźnym symbolem i doklejać wąsika, żeby zaznaczyć, że wcielił się w postać tyrana; Wiola Fiuk nie musi wprowadzać dodatkowej narracji, żeby jasno określić, kiedy bliżej jej do buntowniczki, a kiedy wolałaby pozostać na łonie złowieszczego „systemu” – wystarczy, że zmieni styl tańca. Wielu mogłoby (a nawet powinno) uczyć się od nich, jak konstruować sztukę skoncentrowaną na treści, a nie na wykrzykiwaniu didaskaliów.

Oglądanie tancerzy DzikiegoStylu powoduje, że czuję się niegodny posiadania organizmu o zbliżonej budowie do ich ciał i nie chodzi o stopień umięśnienia czy elastyczności, ale o wykorzystanie potencjału. To tak, jakbyśmy wszyscy mieli Playstation 4, ale ja gram na swoim w Tetris. Gesty i mimika całej czwórki od początku do końca trzymają fabułę w ryzach i nie trzeba później debatować (jak w przypadku „Volty”), o czym to właściwie było. Niektórych reżyserów może to kręcić, że widzowie prześcigają się w interpretacjach, ale to tylko jałowa dyskusja o personalnych odczuciach. DzikiStyl nie bawi się w kalambury, mają potężne i wyraziste przesłanie, i to właśnie nad nim można strzępić jęzory zamiast korzystać z cudzego spektaklu dla uzewnętrznienia swojej zajebistej wrażliwości.

Ruchy w „Radio Żelaza” można podzielić na dwa typy – mikro i makro. Te pierwsze są tak drobne, że nie da się ich wszystkich dostrzec przy jednorazowych oględzinach. Momentami sprawiają wrażenie gęstej plątaniny, jakby tancerze (zwłaszcza duet Wiola/Faraon) grali w finezyjnego Twistera. Kiedy jednak zdają się być tak bardzo zakleszczeni ze sobą, że kontynuowanie bez niezgrabnego wygrzebywania się ze swoich kończyn wydaje się niemożliwe, w trudny do wychwycenia gołym okiem sposób wychodzą do symetrycznej figury. W zależności od zajętego miejsca inne detale wysuwają się na pierwszy plan, ale warto zwracać uwagę także na plan drugi, gdzie toczy się osobna gra olbrzymich cieni. Niektóre z ruchów mogą wydawać się niedoprecyzowane albo improwizowane, ale wystarczy zobaczyć spektakl jeszcze raz, żeby przekonać się, jak bardzo każda sekunda „Radio Żelaza” jest przemyślana.

W skali makro cała czwórka ma momenty popisowe, momenty niemal czysto aktorskie i chwile wyciszenia. Początek należy do Faraona i solówki w jego charakterystycznym stylu, który kilka chwil później skonfrontowany zostaje z baletowym umiejętnościami Michała Łabusia. W podobny, klasyczny sposób (który zdaje się symbolizować normę ustaloną przez reżimowe władze) zazwyczaj porusza się Natalia Madejczyk, a równoległe wykonanie przez nią i Wiolę Fiuk serii grand jeté przez chwilę wywołuje poczucie, że na macie znaleźli się nadludzie. Przez chwilę, bo zaraz później tancerki głośno łapią powietrze. Sytuacja zazwyczaj niedopuszczalna, ale tutaj wyeksponowanie zmęczenia doskonale wpisuje się w charakter sceny. Najbardziej wszechstronny repertuar umiejętności prezentuje Wiola – są i figury baletowe, i odwołania do stylów ulicznych, a nawet krakowiak, ale nie mylcie tego z pajacowaniem w przedszkolu. Takim krakowiakiem można by zawalczyć o zwycięstwo w Solo Dance Contest.

Co najważniejsze, DzikiStyl nie pokusił się o chujowe, synchroniczne choreografie w kwartecie przypominające „Macarenę”. Niestety bardzo często zdarza się, że zamysł choreografa najłatwiej odczytać jako: „O, kurwa, mam cztery osoby na macie w tym samym czasie, co z nimi zrobić… A chuj, niech wszyscy tańczą to samo”. W „Radio Żelaza” takie zagrania nie przejdą chociażby dlatego, że kłóciłyby się z ideą, której spektakl jest apoteozą – indywidualizmem. Nikt tutaj nikogo nie naśladuje, nawet jeżeli dziewczyny jednocześnie wykonują grand jeté, to w przeciwnych kierunkach. Największy nacisk położono natomiast na ekstremalna fizyczność czy wręcz brutalność. Kiedy Michał łapie Natalię i Wiolę za twarze, wyraźnie słychać, że Don Juan to z niego nie jest. Piękna w swoim okrucieństwie jest scena, w której tancerki oblepiają go i zostają bez skrupułów sponiewierane po całej macie. Finał piątego sezonu „Gry o Tron” robi przy tym niewiele większe wrażenie niż finał trzynastego sezonu „Na Wspólnej” . W pewnym momencie Michał przerzuca Natalię nad sobą, a jej upadek jest tak realny, że aż zacząłem się zastanawiać, czy cała ta agresja nie wymknęła się spod kontroli. Tu po raz kolejny drugie obejrzenie spektaklu pomogło w usystematyzowaniu refleksji i upewnieniu się, że tak miało być, wszystko poszło zgodnie z planem.

Na Gdańskim Festiwalu Tańca nie brakowało dobrych tancerzy, ale wiele kreacji aktorskich sięgało poziomu mojej roli Kasztanka w przedstawieniu z podstawówki. Byłem wprawdzie zajebistym Kasztankiem, ale to i tak mało. DzikiStyl wyróżniał się także w tym obszarze, tworząc na przestrzeni nieco ponad czterdziestu minut cztery wielowarstwowe, obdarzone unikalną osobowością postacie. Kiedy na samym początku spektaklu Wiola i Natalia przepychają się, odciągają i przyciągają, nie ma wątpliwości, że podglądają jakąś sytuację. Natalia boi się przyłapania, ale ciekawość Wioli zwycięża i z ukrycia obserwują rozwój wydarzeń. Nie trzeba się tego domyślać, nie trzeba zgłębić wcześniej żadnej literatury – to po prostu widać. Z kolei Patryk znakomicie oddaje postać introwertycznego zdolniachy, który chce robić swoje, ale zostaje wciągnięty przez „system”. Królem aktorstwa (czy może raczej führerem) jest tu jednak Michał Łabuś. Widziałem faceta przy barze, uśmiechał się, sprawiał wrażenie człowieka, który na widok muchy nie zwija gazety, tylko otwiera okno, ale na macie zmienił się w tak okrutnego bad assa, że Max Rockatansky i Maczeta wyglądają przy nim jak ministranci. „Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem w bladym świetle księżyca?” – znacie ten tekst? Teraz już wiem, co oznacza.

Scenografia „Radia Żelaza” jest bardzo surowa, a właściwie nie ma jej wcale, ale nagie ściany i powiększenie przestrzeni przez oświetlenie wypełnionego stelażami sufitu sprzyjają niepokojącej atmosferze miejsca, które z początku można odczytać jako ponurą, niedookreśloną dystopię. Mniej więcej w połowie spektaklu usytuowanie przestrzenne staje się jednak wyraźniejsze. Wiola i Natalia rozwijają czerwoną tkaninę wzdłuż białego fragmentu maty, proces ten przebiega wolno, tancerki upadają, zdają się wykonywać bardzo trudną czynność. Kiedy już osiągają cel, trudno oprzeć się wrażeniu, że rozciągnięto przed widzami polską flagę, a cała ta czarna wizja uciemiężenia i tłamszenia wszelkich przejawów samodzielnego myślenia jest wizją naszej przyszłości.

Uwaga, teraz mogą się pojawić spoilery, albowiem spróbuję zinterpretować fabułę.
Historia zaczyna się od samotnego tańca Faraona, który wyłamuje się z obowiązujących na obszarze tego „anonimowego” państwa norm. Dziewczyny próbują go podglądać – Natalia nieco bojaźliwie, Wiola z większą zawziętością, lecz hamuje ją führer Łabuś. Sfrustrowana, że innym wolno, a jej nie, składa w końcu donos. Michał podejmuje interwencję, przerywa Patrykowi, podaje na przywitanie dłoń, lecz szybko odwraca swoją na wierzch, żeby jednoznacznie określić, kto tu rządzi. Rozpoczyna się proces wdrażania na łono społeczeństwa. Faraon otrzymuje nowy wygląd oraz dostęp do uciech cielesnych z obywatelkami, szybko się jednak w tym zatraca i zostaje wchłonięty przez terror władzy. Pozostawia po sobie iskrę inspiracji, a zarazem jeden z najmocniejszych punktów spektaklu, czyli samotny, wściekły taniec Wioli – próbę odnalezienia indywidualnej tożsamości. Michała to wkurwia, więc pokazuje, jak wiele można stracić, odwracając się od władzy – całuje Natalię, dając do zrozumienia, że jest dla niego ważniejsza, a przynajmniej przydatniejsza. Łamie tym niedoszłą buntowniczkę, która z zazdrością wypisaną na twarzy chce udowodnić swoją wartość i zaczyna tańczyć krakowiaka. Kolejna scena to czysta agresja – dziewczyny walczą o uwagę Michała, ten brutalnie je odrzuca, być może nawet pozbawia życia. Mogłoby się wydawać, że władza ostatecznie wygrywa, ale przy dogasających światłach owinięty czerwoną płachtą Faraon rozpala ogień, co być może symbolizuje, że można zniszczyć człowieka, ale nie samo pragnienie wolności.

Co ciekawe, sama Ayn Rand nie bardzo kumała taniec. Napisała: „Muzyka jest niezależną, elementarną sztuką; taniec nie. Z perspektywy podziału zadań taniec jest całkowicie zależny od muzyki. Z emocjonalnym wsparciem muzyki wyraża abstrakcyjne znaczenie, bez muzyki staje się bezsensowną gimnastyką” [A. Rand, „The Romantic Manifesto”, s.69]. Szkoda, że nie miała okazji zobaczyć „Radia Żelaza”, jestem pewien, że ona także mogłaby się czegoś nauczyć od Wiolety Fiuk, Patryka Gackiego, Michała Łabusia i Natalii Madejczyk.

Zdjęcie:  Paweł Wyszomirski, Testigo.pl (więcej TUTAJ)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s