GFT: Solo Dance Contest 2015

Jann Gallois

Niewątpliwie znajdą się asy, dla których Solo Dance Contest = jakaś chujowa hip-hopowa bitewka na kawałku terakoty podjebanym z babcinej kuchni. Nic z tych rzeczy. Na Gdańskim Festiwalu Tańca pojawiają się wprawdzie tancerze zainspirowani ulicznymi stylami, ale nikt tu nie musi się puszyć i pokazywać drugiemu, gdzie jego miejsce.

Ideą konkursu nie jest bezpośrednia walka w otoczce chorobliwej rywalizacji, ale nagromadzenie różnorodnych postaci z całej Europy wywołuje skojarzenia ze zbiorowiskiem bohaterów jakiegoś mordobicia na Playstation. Nie jestem wielbicielem MMA, ale większość zawodników to kolesie w gaciach i z ogolonymi na zero głowami. To zdecydowanie odległe od konfrontacji wojowników w Tekkenie czy Mortal Kombat, gdzie każdy ma unikalny styl i niepowtarzalną historię. Solo Dance Contest to właśnie coś w stylu Turnieju Żelaznej Pięści – raz prezentuje się androgyniczny rudzielec, chwilę później facet w bieliźnie i kasku motocyklowym, a na koniec piękność w czerwonej sukni. Nie ma to żadnego wpływu na jakość konkursu i dla stałych bywalców tego typu imprez nie jest niczym zaskakującym, ale chcę w ten sposób zakomunikować tym, dla których taniec współczesny to jedna wielka niewiadoma, że podobnych doznań dostarczy wam mało która dziedzina sztuki. Już prędzej gry wideo.

W kwestii formalnej – nie chcę rozciągać tekstu do objętości przyswajalnej wyłącznie dla wielbicieli „Segi o ludziach lodu” czy innej „Mody na sukces” w realiach fantasy, więc opiszę tylko to, co było dla mnie najciekawsze, niemniej nie było występów (nie jestem aż tak chamski, żeby używać słowa „wykon”) słabych. Dominik Więcek był pierwszą osobą, która zrobiła mi dobrze nie tylko estetyką, ale przede wszystkim emocjami. Młody chłopak o posturze Anji Rubik, jeden z nielicznych w całym zestawieniu, który nie prezentował choreografii autorskiej, lecz pomysł swojego nauczyciela. Na papierze wyglądało chujowo, ale na macie wypadło znakomicie. Przede wszystkim żadna inna solówka nie miała równie wyrazistego ładunku kontekstualnego. Najpierw miałem wrażenie, że będzie to pretensjonalne, wykrzyczane całym ciałem „girl power”, a na koniec padnie jakiś męski trup. Wrażenie dodatkowo wzmocnił podkład, którym początkowo było wyłącznie przemówienie dotyczące równouprawnienia płci, ale wykorzystanie wątków humorystycznych odjęło nieco ciężaru, tworząc ostatecznie spektakl doskonale równoważący ważny temat i zaangażowanie w niego bez popadania w fanatyzm. W pierwszej części „Dominique” ruch jest sprowadzony do minimum, niemal wyłącznie do gestów wykonywanych dłońmi. Tempo jest tu jednak bardziej nierówne niż w punk rockowej sekcji rytmicznej i w ciągu zaledwie kilku minut Dominik przechodzi od elementów modern dance po inscenizację pokazu mody, gdzie za pomocą jednej kiecy prezentuje cała kolekcję niby-wystawnych szmat. W finale dynamiczne ruchy pozostawiają po sobie ślady na skórze w postaci szminkowych blizn, a całość ociera się wręcz o efekciarstwo, ale nie przekracza granicy dobrego smaku. Różnorodność technik, wykorzystanie rekwizytów i niemal całej powierzchni sceny – połączenie tych elementów na tak dużą skalę zdarzało się podczas tegorocznego Solo Dance Contest zdecydowanie za rzadko. O tym, kto będzie faworytem publiczności nie trzeba było nawet spekulować – tylko ten jeden spektakl wywołał wśród zgromadzonych głośne reakcje jeszcze przed ukłonami.

Dominik Więcek

Chwilę później podobny temat podjęła Helena Ganjalyan. O ile Dominik Więcek zdawał się krzyczeć: „Jesteśmy uciśnione, żądamy sprawiedliwej reglamentacji przywilejów”, o tyle Helena zdawała się pytać spod byka: „Chcesz wpierdol?”. Zadziorność to główna cecha „Une Femme Masculine vol. 2”, a po przetłumaczeniu na taniec ukazywała się jako ostre, zrywane ruchy. Niewiele osób postawiło na grę mimiką, znacznie więcej zdecydowało się użyć głosu i za każdym razem wypadało fatalnie (na przykład gra w pomidora Joanny Nadrowskiej albo buntowniczy jak „punki” w ciuchach z H&M manifest Hygina Delimata). Helena wykazała się w tym zakresie perfekcyjną samoświadomością. Nie należę do osób, które zachwycają się mikro-detalami typu poruszenie małym palcem stopy jako metafora pojebanego dzieciństwa (gdyby tak było, musiałbym zachwycić się Antonem Safonovem, który panował nad sobą do tego stopnia, że pewnie nigdy nie zdarzyło mu się niedokładnie przeżuć obiadu), ale każdy z uśmiechów Heleny był jak osobna, bardzo sugestywna figura. Dużo dobrego zrobiła także potężna, elektroniczna muzyka, a z perspektywy wszystkich pokazów okazuje się, że polscy artyści przodowali w wykorzystywaniu dodatkowych środków ekspresji. Na przykład gra w pomidora prawdziwymi pomidorami Joanny Nadrowskiej, buntownicze zrywanie maty i demontaż całego otoczenia w wykonaniu Hygina Delimata czy wspomniany wcześniej „pokaz mody” Dominika Więcka. Niestety wielu innych tancerzy postawiło na powtarzany do zrzygania mroczny ambient albo patetyczne world music, z czego dokładnie każde skonstruowane było na bazie crescendo i narzucało scenariuszowi formę: „Najpierw postoję sobie w bezruchu w ciemnym kącie, później się rozbiorę/ubiorę, a na koniec będę mieć tak mało czasu, że pocisnę z wszystkim, co potrafię. To będzie tak zajebiście dramatyczne”. Nie było! A za brak dramatyzmu Helenie należy się dodatkowy plus, bo poza nią tylko Joanna Nadrowska nie przyswoiła elementów żywcem wyjętych z filmów Michaela Baya.

Drugi dzień nie zrobił mnie aż tak bardzo. Rita Góbi od stron fizycznej zaprezentowała kawał solidnego rzemiosła, ale jej histeryczny dramatyzm przypominał Keirę Knightley w roli pacjentki Carla Junga (jeżeli nie jest to jasny komunikat, to krótko wyjaśnię: chujowo). W podobny ton i z podobnymi umiejętnościami uderzyła Veronika Akopova, ale zgubiły ją dłużyzny. Całość rozpoczęła się ciekawym przestojem, w trakcie którego tancerka rozpruwała swoją kiecę, ale gwałtowne zmiany tempa po kilku minutach stały się męczące. Dobrze oglądało się Marco Bissoliego, który ruszał się zarówno do Sepultury, jak i do muzyki klasycznej, jednocześnie zdradzając fascynacje tańcem ulicy i operowej sceny. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie nacisk na popisywanie się. Wysmarowanie gęby niby-krwią i niby-obłąkańcze spojrzenie w sufit (a pewnie nawet na samego boga) zmusiły mnie do rewizji wcześniejszego entuzjazmu.

Juliette Morel

Trzeciego dnia porządziły panie, choć z czysto technicznej perspektywy Alessandro Sollima i Sebastian Abarbanell (zwłaszcza on) wykazali się chirurgiczną precyzją. To się nie mogło nie podobać, ale ja nie lubię, kiedy niemal słychać, jak tancerz rozkazuje sobie pod nosem: „Skalpel!”. Dla mnie liczą się emocje i w tej kwestii nikt nie wstrząsnął mną tak mocno, jak Juliette Morel. Nie będę odpierdalał szopki pod tytułem „artystka przekazuje nam, że”, ale stawiam dyskografię Nitzer Ebb (może poza „That Total Age” – ten album jest za dobry, żeby ryzykować), że artystka przekazuje nam historię oczekiwania na miłość (taki ze mnie cwaniak, bo przetłumaczyłem w google tytuł spektaklu – „L’attente”). Oklepane jak kuloodporne konie w amerykańskich westernach? Bynajmniej, Juliette gra z takim przejęciem i tak wymowną mimiką (jedyna obok Heleny Ganjalyan, która należycie wykorzystała to narzędzie), że aż miałem ochotę zbiec ze sceny i powiedzieć, żeby już się nie martwiła, bo to zaraźliwe i zaraz cała sala będzie ryczeć. Nie myślcie sobie, że płakałem na „Królu Lwie” i łatwo mnie podejść, tego się po prostu nie dało inaczej przeżyć. Co jednak najważniejsze, Morel nie użyła podstępu dla zatuszowania braków w umiejętnościach. Atmosferę zbudowała na powolnych, długo wygasających ruchach, co może kojarzyć się z modern dance w najgorszej (bo nudnej) wersji, ale pojawiło się tu równie dużo elementów baletowych czy nawet odwołań do butoh. Całość trwała dosyć długo, jednak tym razem po zakończeniu nie odetchnąłem z ulgą, tylko z żalem, że to już koniec. Alisa Makarenko brylowała natomiast w kategorii „guilty pleasure”, do której zaliczam między innymi spektakle Joanny Nadrowskiej i Marco Bissoliego. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że „MonAlisa” mogłaby wygrać konkurs, ale bawiłem się przednio. Mnóstwo tu było wszystkiego – od popowych nawiązań do Mony Lizy po muzykę poważną, od technik z pogranicza performance’u po balet. Komedie raczej nie wygrywają oscarów i prawdopodobnie pochodząca z Ukrainy tancerka liczyła się z tym, że startuje ze spalonej pozycji, niemniej technicznie i koncepcyjnie był to jeden z ciekawszych momentów Solo Dance Contest.

Na spektakle zaplanowane na dzień czwarty udałem się z przekonaniem, że Juliette Morel to już nikt tutaj nie podskoczy i na początku otrzymywał jedynie potwierdzenia tego założenia. Z całego wieczoru zapamiętałem niemal wyłącznie występy Rubena Reniersa, który z gracją tarzał się po naklejkach; Simonne Rizzo, która w odsłaniającym wyłącznie palce u stóp niebieskim stroju udawała robota oraz Ievy Navickaite, która wystąpiła topless, ale okazało się, że poza odwagą miała niewiele do przekazania (z czym nie zgodziliby się jurorzy, ponieważ przepuścili ją do finału). Już miałem oddać głos na  Juliette Morel, kiedy na scenę wpadła Jann Gallois. Dosłownie. Jakby ją ktoś wyrzucił zza kotary. Fabuła jest oczywista – siła grawitacji przygniata tancerkę, ta próbuje się jej przeciwstawić i ostatecznie wygrywa, a na koniec próbuje wzlecieć jak najwyżej (co znakomicie obrazuje okrężnym ruchami ramion, które nabierają tak dużej prędkości, że zaczynają przypominać śmigła helikoptera). Możliwe, że to czerstwa metafora wychodzenia z życiowego doła, ale jak to zostało zobrazowane… Przede wszystkim był to jedyny konkursowy taniec, po którym wykonawca następnego dnia będzie wolał zostać w łóżku. Fizyczny wpierdol, jaki Gallois spuściła sama sobie można porównać wyłącznie z równie ekstremalnymi występami Dzikiegostylu. Francuzka wykorzystała całą scenę, a jej poczynania śledzono z tak dużą uwagą, że przypadkiem również publiczność zaczęła odgrywać teatrzyk synchronicznie falujących ramion i głów, które za nic nie chciały przegapić choćby sekundy „P=mg”. Dominującą bronią Gallois jest hip-hop, niemniej pojawiały się wątki z pogranicza performance’u czy gimnastyki i solidna gra aktorska, na czym większość tancerzy wykładała się. Jeżeli znany jest wam komiksowy świat Marvela, to wiecie, że walki superbohaterów i superzłoczyńców bywają zażarte, wyrównane i nafaszerowane zwrotami akcji. Kiedy natomiast zjawia się Hulk, wszyscy dostają baty i zabawa się kończy. Jann Gallois to Hulk tańca i jak deus ex machina momentalnie zakończyła dalszą rywalizację. Na szczęście występowała jako ostatnia, bo trudno byłoby wyjść po niej na matę.

Ieva Navickaite

Skład finału i werdykt podzieliły moje myśli na: „No kurwa” i „Co kurwa?”. Drugie oględziny „P=mg” Jann Gallois, „L’attente” Juliette Morel oraz „Dominique” Dominika Więcka potwierdziły, że każda z tych osób to Jimi Hendrix maty, a grać potrafią nie tylko na niej, lecz przede wszystkim na emocjach. Pojawili się także spece od techniki i mikroruchów –  Anton Safonov i Alessandro Sollima, przy czym ten drugi albo zwiększył tempo, albo to mi udało się lepiej wczuć w opowiadaną przez niego historię. Przeszła również Ieva Navickaite, co spowodowało, że zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle mam pojęcie, o czym tutaj piszę. Z mojej perspektywy była to jedna ze słabszych solówek w konkursie, ale jury uznało, że nieco ordynarna choreografia przeniosła ich w magiczne miejsce i należy się jej drugie miejsce. Na szczęście ex aequo zajął je także Dominik Więcek, który zgarnął również nagrodę publiczności. Wygrała mademoiselle Gallois. Hulk zawsze wygrywa, zaskoczenia nie było. Trzecie miejsce zajął tancerz w najgorszym kostiumie wszech czasów – poplamionej koszulce i skarpetach naciągniętych pod kolana. Na pierwszy rzut oka można by go wziąć za aktora związanego z portalem Podrywacze.pl, ale Anton Safonov wytworzył – w opinii składu sędziowskiego – delikatność, która nadała prawdziwą moc do jego intymnego solo. Nie poczułem i żałuję, że Juliette Morel nie została wyróżniona, ale wynik ustalano przez niespełna dwie godziny, więc na pewno padło wiele argumentów, których laik mojego pokroju nie potrafi nawet dostrzec. Bez wątpienia jury jako główne kryterium przyjęło sam ruch i łączenie stylów. Poza Dominikiem Więckiem nikt w finale nie korzystał z rekwizytów, stroje w przeważającej mierze wyglądały jakby chwilę wcześniej wyciągnięto je z prywatnej szafy, a muzyka była tak odległym tłem, że jej obecność stanowiła niemal wyłącznie dopełnienie formalności. Na pewno jest to ciekawszy kierunek niż nastawienie na okołotaneczną otoczkę, ale uderzenie w przeciwną skrajność momentami nieco nudziło.

Dodatkowym czynnikiem podnoszącym jakość odbioru była pełna widownia, a na teatrze tańca (zwłaszcza na konkursach) nie jest to aż tak częste zjawisko. Po dwudziestu dziewięciu występach w ciągu pięciu dni można by odczuć zmęczenie, ale poziom Solo Dance Contest był na tyle wysoki, że mógłbym tak jeszcze tydzień albo nawet do upadłego.

Alessandro Sollima

Zdjęcia pożyczone STĄD.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s