Kubicki „The Art of Numbers”

IMG_0146

W dobie pinteresta, instagrama i innych serwisów gromadzących wszelkiego rodzaju grafiki próba wydrukowania albumu rodzi jedno pytanie: „Po chuj?”. Na szczęście Jarek Kubicki odpowiedział sobie: „Bo, kurwa, tak” lub coś bardziej eleganckiego i doprowadził do wydania jednego z najpiękniejszych i zarazem najbrzydszych zbiorów łączących fotografię, obróbkę komputerową oraz elementy malarskie. Nie będę z wami grał w Huberta Urbańskiego – tym bardziej, że tekst długi i wulgarny, więc nie każdy dobrnie do końca – i już na początku wskażę poprawną odpowiedź – tak, warto mieć „The Art of Numbers” na regale.

Okładka albumu to znakomity strzał – doskonale reprezentuje wnętrze, w którym najsilniejszymi elementami są malarskość, chiaroscuro oraz minimalizm. Poddana komputerowej obróbce fotografia na pierwszy rzut oka zdaje się być płaska jak potylica Pudziana, ale po przyjrzeniu się obszarowi pomiędzy linią włosów a nosem pojawia się wrażenie wystającego z papieru impastu. Wiele kolejnych prac będzie odznaczało się tymi elementami, niemniej „The Art of Numbers” dokumentuje dekadę działalności artysty i postrzeganie go jako synkretycznej całości jest jak zachwalanie dyskografii Pantery łącznie z glam metalowym gównem, które nagrywali na początku kariery.

Najwyraźniejszym łącznikiem pomiędzy 2005 a 2015 rokiem jest temat. Kubickiego interesują przede wszystkim ludzkie ciała, ale w kategoriach deformacji, odkształceń, romantycznych dekapitacji i gotyckiego rozpierdolu. Gotyk jest podwójnie dobrym porównaniem, bo z jednej strony można tu odnaleźć wpływy malarstwa z tamtego okresu (czyli brutalne tortury i wyrazista ekspresja), z drugiej pachnie od tych grafik wilgocią zamku w Bolkowie. Autor sprawia wrażenie badacza, który bierze w dłonie modelki (męskie ciało jest zbyt ordynarne dla tego procesu) i sprawdza w jakich kierunkach mogą się wygiąć, naciągnąć, jak bardzo można przesunąć granice ich fizycznych ograniczeń za pomocą technik komputerowych, a przy okazji od czasu do czasu urywa im kończyny jak dziecko bawiące się pająkiem.

IMG_0144Pierwszą i najrozleglejszą serią jest „The Numbers”, gdzie prezentują się zarówno w pełni dojrzałe prace, jak i pierwsze szkice wykonane jedynie przy użyciu tuszu. Dzięki temu dokładnie widać, jak rodził się unikalny styl Kubickiego, który z początku szarżował z całą paletą umiejętności, popadając na przemian w skrajną linearność oraz całkowitą malarskość, by ostatecznie ustalić idealne proporcje. W późniejszych dziełach, powstałych już przy wsparciu maszyny, naturalny kontrast wynikający z nanoszenia tuszu na papieru bez udziału teł zostaje utrzymany, a chiaroscuro staje się znakiem rozpoznawczym Kubickiego. Jeżeli nie wiecie ki chuj to całe „chiaroscuro”, to polecam oględziny corpse paintu dowolnej black metalowej kapeli – chodzi o popadanie w skrajności pomiędzy intensywnym światłem a głęboką ciemnością.

Część grafik wygląda elegancko jak mundur esesmana (na przykład „60531” albo „60530”), inne nadawałyby się do gabinetu doktora Heitera znanego z projektu „Ludzka Stonoga” („60533”). Im data powstania bliższa współczesności, tym ciała coraz rzadziej przedstawiane są fragmentarycznie, przestają przypominać pokraczne dzieci erotomechaniki Gigera. Okazjonalnie powraca „cyfrowy impast”, który jednocześnie wyrasta z prac i rozpływa się na nich. Wrażenie jest tak imponująco rozpierdalające, że aż wyciska ze mnie całe ukryte prostactwo, bo jak radować się, to tylko po zwierzęcemu. Z całego zestawu odstaje nieco „60542” przypominające plakat do filmu science-fiction i to takiego, który można znaleźć w katalogu studia The Asylum (twórcy „Sharknado”, „Atlantic Rim” i wielu innych mockbusterów). Pierwsza grafika z 2010 roku („60555”) obiera podobny kierunek, ale w bardziej futurystycznej, odczłowieczonej formie. Jest to także jedna z nielicznych prac, na których nie uchwycono elementów kobiecej fizyczności, lecz coś na kształt szkieletu androida.

„The Numbers” to wciąż nieukończona (i taką w zamyśle ma pozostać) kolekcja, która zajmuje połowę przestrzeni albumu. Można z niej wyłuskać cechy wspólne określające styl Kubickiego, ale pojawiają się również elementy nietypowe. W „60562” po raz pierwszy detale zostają wyróżnione nasyconą czerwienią, która staje się dominującą barwą w powstałym cztery lata później „60616”. W „60592” linearyzm zostaje niemal całkowicie wypierdolony, z kolei w „60623” powraca w pełnej chwale. Technika w tej serii pracuje na usługach nastroju oraz ponurej i nostalgicznej aury. Nikogo nie powinno to zresztą dziwić, w końcu prace powstawały na przestrzeni blisko dziesięciu lat, a tyle wystarczy, żeby stać się zupełnie innym człowiekiem.

Kolejne projekty realizowano na krótkich przestrzeniach czasowych, przez co znacznie łatwiej można zdefiniować ich charakterystykę. „Textile” z 2005 roku jest trochę jak druga część „Blair Witch Project” – mogłoby być tiptop, gdyby chwilę wcześniej nie było genialnie. Widać tu zdjęcia aktów oraz manipulacje tytułowymi, uchwyconymi w ruchu tekstyliami. Niektóre ze zdjęć przypominają dokumentację reporterską, gdzie brakuje czasu na pozowanie, a istotne jest przede wszystkim uchwycenie zjawiska. Impresję wywołuje otwarcie formy poprzez wychodzące poza kadr szmaty (oczywiście chodzi o materiał, przecież jestem dżentelmenem). Jakoś mnie to nie bierze i kojarzy się z filmem „Something Weird” Herschella Gordona Lewisa (mistrza tanich efektów specjalnych), gdzie rozegrała się dramatyczna scena walki pomiędzy człowiekiem, a nawiedzonym kocem…

Działania Jarka Kubickiego zacząłem śledzić na bieżąco od cyklu „Rumours About Angels 2”. Był bodajże rok 2007, słuchało się Diary of Dreams, a google zabrało mnie w podróż po jakichś pojebanych stronach, gdzie dzieciaki z wiedźmińskimi avatarami (wtedy to była nisza jak chuj) podszywały się pod wampiry (ale nie te diamentowe) i inne mroczne elfy. Jak stamtąd trafiłem na Kubickiego? Nie wiem i nie chcę sobie przypominać. Do rzeczy – w opisie prac autor opowiada o kontrastach, których uchwycenie było dla niego najistotniejsze: „Piękno i brzydota, doskonałość i niedokończenie, wszechmoc i bezradność, erotyzm i antyerotyzm, cisza i hałas”. W zakresie analizy kontekstualnej właściwie nic więcej nie można dodać, zamiary zostały tak doskonale zrealizowane, że klękajcie narody. Mimo że minęła dekada od powstania tych dzieł, wciąż są moimi ulubionymi w dorobku Kubickiego i wciąż odczuwam emocjonalny wpierdol po dłuższemu przyglądaniu się im. Moje ulubione „RAA2 no. 4” niemal wymusza fizyczną reakcję w postaci dreszczy. Proces dekonstrukcji (lub konstrukcji) ciała został tu uchwycony w sposób umożliwiający tylko jeden rodzaj werbalizacji zachwytu: „O, kurwa”. Piękne chiaroscuro (o którym przynudzam prawie co akapit) oraz wyraźnie zaznaczone linie powodują, że grafika sprawia wrażenie wykonanej akwafortą. Cyfrowa akwaforta – o, kurwa.

IMG_0152

Prace z cyklu „Black Flag” mogłyby równie dobrze trafić do „The Numbers”, ale wyróżnia je jeden detal – obecność faceta. W dużej mierze jest to jednak obecność fragmentaryczna – często trudno rozróżnić, które części niekompletnie zaprezentowanych organizmów należą do którego z kochanków. Ponownie w użyciu są także tekstylia, ale tym razem wydaje się, że zostały namalowane, a ich pomarszczenie lepiej oddaje trójwymiarowość prac niż ludzkie sylwetki. W „Ghost” te dwa elementy stają się jednym – ciało to nic więcej, jak materiał włókienniczy, które Kubicki rozwija na powierzchni ogromnych połaci bieli. To bardzo delikatna, zdominowana przez piękno seria. W moim odczuciu brak pierwiastka szpetoty odbiera jej jednak ambiwalentność, czyli największą zaletę twórczości Kubickiego.

„Unnumbered” to inaczej „cała reszta”, co nie powinno być odczytywane jako „gówno, którego nigdzie nie dało się upchnąć”. Autor odsłania tu w pełni swoją wszechstronność, od prac przypominających katalog modowy (Z!NK Magazine) po społecznie zaangażowane (Icon). Różnorodność widać także w kolejnym zbiorze – „Speedpainting”, czyli rysunkach wykonywanych niemal na koanie. Są tutaj grafiki, którym przyjrzałem się tylko pobieżnie i nie miałem najmniejszej ochoty do nich wracać, ale są także takie, które z miejsca jebią po wizji swoją pomysłowością. Moja ulubiona to „2011.622”, gdzie Kubicki w charakterystyczny dla siebie sposób igra ze światłem i cieniem, z tym że drugi z elementów wyraźnie pożera swoje grzeczniejsze przeciwieństwo. Intrygująca jest także sama postać przypominająca z jednej strony tancerkę w ruchu, z drugiej zamaskowanego doktora zarazy.

Pewnie niektórzy z was zastanawiają się: „Po chuj to kupować, skoro większość i tak można znaleźć w sieci?”. Mogę się założyć, że te same osoby dokładnie przestudiowały grafikę co najwyżej gazetki promocyjnej biedry. Nie róbcie sobie gówna z oczu i popatrzcie na coś naprawdę dobrze wyglądającego.

IMG_0147

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Kubicki „The Art of Numbers”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s