Ampacity – „Superluminal”

Ampacity - Superluminal (1)

Dwa lata szlajali się po odległych galaktykach i kiedy już mogłoby się wydawać, że w pizdu zabłądzili, zaczęli produkować albumy kosmitom, wkręcać się na pokłady innych okrętów, aż wreszcie powrócili z zapisem dziejów pięciu cywilizacji. Widzieliście „Star Trek”? Co odcinek inna planeta, inny świat, paralelna Ziemia z dzikusami uosabiającymi jankesów oraz komunistów, kapitan Kirk fantazjujący o wielkiej miłości z rdzenną Amerykanką po owinięciu się halucynogennym obeliskiem, skradziony mózg Spocka, pojedynek Abrahama Lincolna z Czyngis-chanem – to wszystko nic, załoga „Superluminal” ma dla was jeszcze bardziej szalone historie.

S02E01 „42”
Dziwny dźwięk na samym początku to prawdopodobnie wyjście z nadprzestrzeni. Przez nieco ponad półtorej minuty orbitujemy wokół nic nieujawniającego crescendo i wreszcie zbliżenie na mostek, a w nim niby ci sami ludzie, niby te same instrumenty, a jednak zmiany są wyraźniejsze niż po przejęciu Enterprise z rąk kapitana Pike’a. Przy „Encounter One” ulubionym przymiotnikiem pismaków było „psychodeliczny”, tutaj na pewno będzie „progresywny” – słowo, które piętnaście lat temu zarezerwowane było dla Michaelów Jordanów gitar elektryczny, a dzisiaj mdli przaśnością i archaicznością. Czy Ampacity zdołało przywrócić mu należyte znaczenie? Gdybym pisał wniosek o grant, użyłbym czegoś typu: „Trójmiejski zespół odczarowuje wykluczone w ostatnich latach środowisko progresywne bla bla bla”, ale nie piszę wniosku o grant, więc użyję jedynie: „No kurwa!”. A co najważniejsze, efekt został osiągnięty nie depnięciem hamulca, lecz wciśnięciem gazu do dechy.

Po przejściu przez kolejne stopnie dynamiki pojawia się tak tłusty bas, że sikorki zaczynają dziobać w głośniki, szukając swojej porcji słoniny. Pojawia się przejrzysta, piszcząca w wysokich tonach partia gitary prowadzącej budząca drobne obawy, czy to nie aby Robert Pieculewicz zwinął manatki z rynku i wpakował się do kosmostudia, ale na szczęście [z całym szacunkiem] nie. Chwilę później splot dźwięków robi się gęsty, zbyt wulgarny jak na te wszystkie nasze Collage czy inne Quidamy. Znajomy opowiedział mi niedawno anegdotkę z koncertu Riverside – spotykają się pod sceną elegancko ubrana pani w średnim wieku oraz typowy metaluch. Mija jeden kawałek, mija drugi kawałek, po czym spocony młodzian wykrzykuje tradycyjne: „Napierdalać!”, a zszokowana kobieta zwraca się do męża: „Roman, słyszałeś?”. Trochę dodałem od siebie – nie wiem, czy koleś był spocony i czy mąż nazywał się Roman, ale wiem, że na planecie „42” w pokoju i harmonii żyją przedstawiciele właśnie tych dwóch skrajnie odmiennych ras.

Ampacity - Superluminal (2)

S02E02 „Propellerbrain”
Na tym kamieniu ląduje się gładko, bez turbulencji, bez tubylców z wycelowanymi w kadłub fazerami czy dzidami. Coś jak w odcinku „Shore Leave”, gdzie kapitan Kirk zarządza powszechne wrzucenie na luz. Niedługo później zaczynają dziać się dziwne rzeczy – doktor McCoy spostrzega gigantycznego białego królika, doktor Paciorkowski wydobywa ze swojego instrumentu kilka gigantycznych dźwięków, porucznik Sulu zostaje napadnięty przez samuraja ze zdolną do przecinania diamentu kataną, porucznik Sawicz napada słuchaczy z potrafiącymi rozkruszyć diament uderzeniami w bębny. Nigdy nikomu nie doradzałem, jak powinien się ubierać do słuchania muzyki, ale zdecydowanie nie zakładajcie diamentów, kiedy będziecie odpalać „Propellerbrain”.

Nie wiem, o czym gada gitarowa solówka rozpoczynająca się po półtorej minucie, ale niektóre języki obce mają tak czarujące brzmienie, że wsłuchiwanie się w nie sprawia ogromną przyjemność, choć za chuj nie da się odszyfrować klarownego komunikatu. Po nieco ponad czterech minutach pojawia się z kolei cały chór kosmitów, ale każdy z nich ma do wykrzyczenia zupełnie inną historię, co w sposób właściwy chyba tylko dla tej ekosfery łączy się w spójną, oszałamiającą całość. Dziwactwa, których doświadczyła ekipa z Enterprise okazały się atrakcjami kosmicznego lunaparku i chociaż w wypadku planety Propellerbrain rozwiązanie nie jest tak proste, to dostarczana tu rozrywka ma bez porównania ambitniejszy charakter.

S02E03 „Molten Boron”
Nazwa tej planety wyjątkowo nie nawiązuje do serialu „Star Trek”, lecz do „Futuramy”. W jednym z pradawnych odcinków pojawia się reklama produktu o nazwie Molten Boron, która utożsamia wszystko to, czego w reklamach nienawidzimy. To tak, jakby nazwać ten kawałek „Włączamy niskie ceny”. Po wsłuchaniu się w lokalną atmosferę trudno zrozumieć, skąd tak okrutny tytuł. Każdy z dźwięków niespiesznie rozpływa się, można wręcz odnieść wrażenie, że prędzej Tool nagra nowy album niż skończymy swoją misję w tym miejscu, choć tak naprawdę jest ona najkrótszą z całej piątki. Być może załoga Ampacity przyjęła tę nazwę z uwagi na skalę różnic pomiędzy „Molten Boron” a wszystkim pozostałymi i puszcza w ten sposób oko w kierunku każdego, komu marzy się, aby ich ulubiony zespół nagrywał dokładnie to samo w nieskończoność. Może być też tak, że pierdolę od rzeczy. Jeden z drugim oglądali „Futuramę” po kilku głębszych, z ekranu padło „Molten Boron” i ktoś uznał, że to niezła nazwa.

Jest taki gość, co się Tomasz Stańko zowie i gość ten kiedyś powiedział, że kicz łatwiej jest przemycić w skomplikowanych, rozbudowanych formach muzycznych, a prostota momentalnie objawia prawdę. To jedna z przyczyn, dla których akurat ten kawałek wyjątkowo mocno do mnie przemówił – wiadomo już, że Ampacity to okręt zwrotny, szybki, a w razie konieczności śmiertelnie niebezpieczny, ale dopiero przy tej ścieżce można odkryć, że w specyficznych okolicznościach sonicznych jest także łagodny i… kurwa, napiszę to – i romantyczny.

Ampacity - Superluminal (3)

S02E04 „Planeta Eden”
Tu sprawa jest jasna, planeta Eden pojawiła się w dwudziestym odcinku trzeciego sezonu oryginalnego „Star Treka”. Za cel obiera ją grupa astrohipisów pobudzonych kosmopenisową energią do zatracenia się w skrajnym hedonizmie. Zanim docierają do celu odgrywają na pokładzie Enterprise krótki koncert, ale wyraźnie odczuwają brak narkotyków, bo wszystkie wpierdolili scenarzyści. Historia ma tragiczne zakończenie – dzieci kwiaty na potwornej gastrofazie porywają wahadłowiec i zaczynają pląsać wśród toksycznych roślin, które błyskawicznie wysyłają ich na spotkanie z Morrisonem i Hendrixem. Załoga Ampacity, nauczona błędem poprzedników, lepiej przygotowała się do wyprawy i chociaż wstęp mógłby wskazywać, że odpalili jedną z pierwszych części „Castlevanii” albo horror z wampirem śmierdzącym zamkową pleśnią, a nie świeżym wydrukiem Bravo Girl, to gdzieś przed pierwszą minutą okazuje się, że słuchaczowi przedstawiony zostaje lokalny władca, a imię jego to Król Karmazynowy. Jak się dobrze wsłuchać, to można rozpoznać salutowanie gościom z frippowym szarpnięciem za struny i frippowym dotykiem klawiszy. Gwiezdna Flota niby nie powinna ingerować w rozwój odwiedzanych planet, ale tym razem scenarzyści ewidentnie podzielili się i gdzieś w środku utworu Karmazynowy jedzie już na ziemskiej dostawie, na domieszce pustynnej psychodelii, kilkutonowych uderzeniach w bębny i elektronice przypominającą MIDI z epoki pierwszego Playstation.

S02E05 „Superluminal”
Możliwe, że akurat tę planetę Ampacity minęło już w poprzednim sezonie. Z całej piątki zdecydowanie najbardziej przypomina krajobrazy znane z „Encounter One”, a nawet jeszcze wcześniejsze, z „The Sorry Eye” na pokładzie Broken Betty, co prawdopodobnie wynika z pobocznej funkcji klawiszy. Napięcie kumuluje się tutaj przez niespełna pięć z siedmiu i pół minuty, ale w odróżnieniu od pierwszej planety nie jest to konstrukcja na bazie crescendo, lecz równomierny trans z wyczuwalną obietnicą transformacji w żwawszą postać. Przemiana faktycznie dokonuje się, ale jej przebieg jest raczej łagodny, umożliwia utrzymanie stanu hipnozy, który po ostatnim dźwięku natarczywie przymusza do ponownego wyruszenia w podróż po tych pięciu niezwykłych miejscach.

Pisanie o Ampacity przez kosmiczny pryzmat staje się już banałem, ale jest w tej muzyce coś tak silnie pozaziemskiego, że łatwiej przyrównać ją do Star Treka niż do innych zamieszkujących trzecią planetę od Słońca zespołów. Przebyłem z nimi tę czterdziestopięciominutową podróż ponad dwadzieścia razy i wam również zalecam udać się na kosmotułaczkę. Pamiętajcie tylko, żeby nie zakładać czerwonych koszul. Beam me up, Ampacity.

Ampacity - Superluminal (4)

Reklamy